





IDŹCIE DO CENTRUM OLIMPIJSKIEGO ZOBACZYĆ WIELKIE DZIEŁA


JEDNA HISTORIA ŚWIĄTECZNA.

By pokój zagościł wbrew podziałom. By gość zgubiony znalazł drogę do domu. By spragniony i złakniony znalazł miejsce przy Waszym stole. Byście spojrzeli wokół siebie i zobaczyli ile macie, a ilu nie mawcale. Życzę Wam by uśmiech, życzliwość i dobre słowo zagościły u Was na co dzień.
One przydadzą się w czasach, które nadchodzą, a będą sprawdzianem
człowieczeństwa.
Życzę Wam by padało, padało, padało. Biało, Biało, biało. Śnieg , legł i miękł. W sople,
krople zmokłe zmarzły. Szron, uronił siwizny i w sadku marzy o szadzi. Szadź
zasiadła na drzewach. I o stworzeniu świata i o narodzinach śpiewa. W igliwia już stroją się nieba. Wigilia kolędować trzeba.
Więc najpierw wysprzątać po kątach i kontach. Choinkę obsadzić i ubrać niech świecinam strojna. Prezenty spakować, kłótnie pochować. Nie pod dywanem, a w ziemi na
wieki. Rozgrzać serca co ciepłe nie zawsze niestety. Chuchać na zimne rozgrzewać. Karpia wypuścić z wanny niech też śpiewa.
Potem prezenty spakować. By dzielić się wzajemnie. Słowami co najlepszym są prezentem. Dziękuję Przepraszam i Proszę. Dziś Dobre słowo i Moc Wam przynoszę. Więc sianko pod obrusem umościć. Trochę pomyśleć, popościć.
Opłatek ułożyć i gości prosić. O miejscu wolnym dla gościa zagubionego pamiętać. Kto do mnie w tym roku wpadnie na święta? Wspomnieć tych wszystkich, których już tu nie ma z
nami. Pomyśleć o przyszłych i też pobłogosławić.
I cieszyć się bo dzień nad ciemnością zwycięża. Potomstwo znów miażdży głowę węża. I znów
dni dłuższe i światło nas oświetla. Na nowy rok, na święta. Na święta wszelakie, niech się weseli Żyd z Polakiem. Niech stanie się światło i oświecenie, niech oświetli drogi i wszystkich oblicza oświeci... i odmieni oblicza tej ziemi. Moje drogie dzieci.
A pieniędzy Wam nie życzę wcale. Popatrzcie na siebie i zobaczcie jak jesteście bogaci. Jak jesteście obdarzeni. Jak jesteście utalentowani. Macie wszystko. Zacznijcie z
tego korzystać. I nie bójcie się zmian. One są nieuniknione. Ale potrzebne.
Alef Stern (czyli Pierwsza Gwiazdka wypatrujcie jej dziś na niebie, a potem zasiądźcie w gronie rodziny i przyjaciół do wieczerzy)
ZUKRYCIA DOTARŁA WŁAŚNIE DO MNIE DZISIAJ ;-)
DO WAS DOTRZE WTEDY KIEDY ZAMÓWIECIE
ALE NA PEWNO NA ŚWIĘTA JAKIE TYLKO CHCECIE

GDZIE JEST KS. ZYŚ???

06-12-2010
Z okazji Mikołajek w prezencie dla wszystkich czytelników Prolog Ostatniego Lotu.




One przydadzą się w czasach, które nadchodzą, a będą sprawdzianem
człowieczeństwa.
Życzę Wam by padało, padało, padało. Biało, Biało, biało. Śnieg , legł i miękł. W sople,
krople zmokłe zmarzły. Szron, uronił siwizny i w sadku marzy o szadzi. Szadź
zasiadła na drzewach. I o stworzeniu świata i o narodzinach śpiewa. W igliwia już stroją się nieba. Wigilia kolędować trzeba.
Więc najpierw wysprzątać po kątach i kontach. Choinkę obsadzić i ubrać niech świecinam strojna. Prezenty spakować, kłótnie pochować. Nie pod dywanem, a w ziemi na
wieki. Rozgrzać serca co ciepłe nie zawsze niestety. Chuchać na zimne rozgrzewać. Karpia wypuścić z wanny niech też śpiewa.
Potem prezenty spakować. By dzielić się wzajemnie. Słowami co najlepszym są prezentem. Dziękuję Przepraszam i Proszę. Dziś Dobre słowo i Moc Wam przynoszę. Więc sianko pod obrusem umościć. Trochę pomyśleć, popościć.
Opłatek ułożyć i gości prosić. O miejscu wolnym dla gościa zagubionego pamiętać. Kto do mnie w tym roku wpadnie na święta? Wspomnieć tych wszystkich, których już tu nie ma z
nami. Pomyśleć o przyszłych i też pobłogosławić.
I cieszyć się bo dzień nad ciemnością zwycięża. Potomstwo znów miażdży głowę węża. I znów
dni dłuższe i światło nas oświetla. Na nowy rok, na święta. Na święta wszelakie, niech się weseli Żyd z Polakiem. Niech stanie się światło i oświecenie, niech oświetli drogi i wszystkich oblicza oświeci... i odmieni oblicza tej ziemi. Moje drogie dzieci.
A pieniędzy Wam nie życzę wcale. Popatrzcie na siebie i zobaczcie jak jesteście bogaci. Jak jesteście obdarzeni. Jak jesteście utalentowani. Macie wszystko. Zacznijcie z
tego korzystać. I nie bójcie się zmian. One są nieuniknione. Ale potrzebne.
Alef Stern (czyli Pierwsza Gwiazdka wypatrujcie jej dziś na niebie, a potem zasiądźcie w gronie rodziny i przyjaciół do wieczerzy)
Prolog
TAK. TO MIŁOŚĆ… 28 sierpnia 2008 roku wiatr gdzieś z pola, ze wschodu niósł słowa rzucane niczym ziarna piasku po pustyni. Ziarna tej jedynej, niewypowiedzianej chwili. Wiał, gnał, wiatrem podszywał, przesiewał i do społu ze słońcem w zawodach, ledwo wiążąc koniec z końcem, ziarnko do ziarnka zbierał i spiekał. Czasem słońce wystawił i bicz skręcił. Czasem słońce błogosławił i zamek w mirażu wypiętrzył. Budowla, po zastygnięciu, spłycała się i stawała jedną nienazwaną szklaną taflą. Tafla ta odbijała wszystkie kolory świata, ale by naprawdę działać, potrzebowała prawdziwego, naturalnego, dziennego światła.
Tego samego dnia, o tej samej godzinie, choć tak różnej we wszystkich strefach czasowych, w których przyszło się sprawom dziać, przed lustrem stanęło kilka osób. Spoglądając na swoje odbicie, uśmiechały się do siebie. Czy wiedziały, że w tej właśnie chwili drobiny kwarcu połączą ich losy? Czy wiedziały, że za ich sprawą przeglądają się w sobie nawzajem? Czy wiedziały, co przyniesie kolejna noc, kolejny dzień?
Uśmiechały się, bo miały nadzieję. Na szczęście, było to zwierciadło prawdy i całą jego radością było pokazywać tym, którzy w nim się przeglądali, jak pięknymi są ludźmi. Nawet kwiaty, które niekiedy stały w wazonie przy lustrze, wyglądały w odbiciu zdecydowanie lepiej.
I choć każde z innego powodu stanęło przed lustrem – a to by poprawić makijaż, oczyścić ranę, zawiązać krawat, by ogolić się, wycisnąć pryszcza, umyć zęby, czy też by ponapawać się swoim własnym widokiem – było pewne tego, co dalej zrobi, tego, co musi zrobić, by osiągnąć cel.
JEDNAK LUSTRO JAKO PIERWSZE widziało w odbiciu, że wszystko ulegnie zmianie. Lustro pierwsze wiedziało, co może się wydarzyć. Lustro jako pierwsze chciało przestrzec przed tym, co było nieuchronne. Jakby dotarły do niego i w nieskalanej rysą tafli srebrem zapisane zostały inne szepty, niż te, które niósł ze wschodu wiatr.
W pobliżu lustra stała też inna tafla. Mieniąca się wszelkimi barwami z przewagą szaro-grantowej szklanej pogody. Rozświetlała w dzień i noc szarość osiedli, miasteczek, blokowisk i wsi. To było krzywe zwierciadło rzeczywistości. Podawane informacje, newsy, szlaczki, paski, napisy, wizualizacje, głośne, krzykliwe, zajmujące chwile, bulwersujące, odwracające uwagę, odblaski rzeczywistości.
Spikerzy, prezenterzy, demiurdzy, demagodzy, kreatorzy, wypomadowani wyfryzowaniem wysolariowani, wyobcowani. Po pracy odkładani do pudelka z innymi pacynkami, marionetkami, kukiełkami, zasypiali jak w bunraku z jawajkami swych wcieleń. Następnego dnia znów szli tańczyć wokół niebieskiego zwierciadła i unosić się na szczytach fali popularności, w górę, i w górę, w górę, aż do chmur.
Słupki sondażowe dumnie pięły się do nieba. Wykrzywiona rzeczywistość była nie do poznania, nawet przez nich samych. I kiedy znów wracali po pracy do swych apartamentów, jedynie w swoich lustrach mogli obejrzeć się prawdziwie. I tylko lustro, zbierając informacje z ich soczewek barwiących i wyostrzających, było w stanie zrozumieć, co naprawdę się dzieje.
W SZKLANYCH SNACH lustro potłukło się na małe sztyleciki, spadało i wpadało ludziom do oczu, do serc. Ale nie to było najgorsze. Te odrobiony wpadały do milionów mózgów, zatruwając im nieświadomie życie. Lustro, dobre lustro, postanowiło coś z tym zrobić, ale co z tego mogło wyniknąć? Mogło być tylko przekaźnikiem odbitej prawdy. Z lustra do lustra. Z soczewki do soczewki. Z oka do oka.
– Tak, to miłość! – syknął z bólu opalony mężczyzna, wciskając na poobcierane stopy czerwone, skórzane mokasyny. – Matka boska nie ubiera się u Prady. – pomyślał głośno, spoglądając na oświetlony nikłym kagankiem święty obrazek. Nałożył sutannę i jak czarny kot zniknął w ciemności nocy.
– Tak, to miłość! – pomyślała Aneta, poprawiając włosy i zapinając guziki w bluzce. Kochała premiera, a premier kochał ją. Wyszła technicznym wyjściem z Kancelarii, od ulicy Szucha, gdzie czekał na nią nie rzucający się w oczy Volkswagen.
– Tak, to miłość! – z lekceważącym śmiechem wyrwało się Ewie Gebron, która zaciągając się papierosem, spojrzała na leżące przed nią zdjęcia. Jedno z nich przypięła do lustra i poszła nalać sobie małego drinka.
– Tak, to miłość! – kiwając z pobłażaniem głową, powiedział stanowczo Generał Bednarz do słuchawki telefonu. – Bezdyskusyjnie powinnaś ją jak najszybciej zakończyć! – skończył zdecydowanie, rozsiadając się wygodnie w fotelu, by w spokoju przejrzeć leżące przed nim teczki personalne.
– Tak, to miłość! – sapnął major Łapski, przerwawszy pracę nad finansowym raportem w excelu, od którego bolały go już oczy. Włączył bezpłatny porno kanał w internecie i popijając zimne piwo, tworzył kolejne tabele przestawne, wsłuchując się w dobiegające z monitora rozkoszne jęki.
– Tak, to miłość! – Alef postawił kropkę nad i, tym samym kończąc swą pierwszą powieść. Myślał o tej chwili od lat, ale nie wyglądała tak, jak ją sobie przez lata wyobrażał.
– SKOŃCZYŁEM. – pomyślał. – Skończyłem, ale to dopiero początek. – dodał, wzdychając. – Garp miał rację. Człowiek rozwija się kończąc jedno, a zaczynając drugie. Tak, nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są tylko złudzeniami.
Światło zapałki oświetliło mu na ułamek sekundy twarz. Po chwili zaciągnął się czekającym specjalnie na tę okazję dominikańskim cygarem Stradivarius. Jego pierwsza powieść była celowo rozdęta i egzaltowana, profetyczna i barokowo przeładowana. Doskonale wiedział o tym, że wraz z ostatnim słowem nierzeczywistość paralelnego świata zacznie się materializować.
– TAK, TO MIŁOŚĆ! – wszyscy w tym kraju się kochali tak, jak Kain kochał Abla. Brat nie wierzył bratu, siostra w siostrę rzucała talerzem. Wszyscy skłóceni – odmiennymi poglądami, opiniami, stwierdzeniami stworzonymi przez wirtualny przekaz, przekonaniami, które na stałe zagościły w ich głowach. Ze słowami miłości na ustach niejedni byli gotowi wbić nóż w braterskie plecy. Byli też tacy, którzy podcinali sobie żyły i gałęzie, na których siedzieli. Wykrwawiali się, spadali w otchłań. Ale ze słowami miłości na ustach. Miłości do przeszłości. Przeszłości, która nie istniała. Miłości do przyszłości, która tylko się jawiła. Myślano o krzyżach i mogiłach. Prawie nikt nie myślał o tu i teraz, chyba że o telewizyjnym serialu w realu.
– Tak, to miłość! – dzisiejszej nocy te słowa wypowiedziało jeszcze parę osób. Tafle układały się na przemian w szklaną mozaikę, a lustra rozpoczynały tajemną komunikację miedzy sobą. Nie było dla nich granic i murów, których nie mogły przekroczyć. Nic już nie stanowiło przeszkody, by dotrzeć do prostych domów na przedmieściach miast, wielkomiejskich willi, czy bloków z wielkiej płyty.
1-12-2010
Ostatni Lot, już w sprzedaży dystrybucją hurtową zajmuje się firma
http://www.motyleksiazkowe.pl/index.php
29-11-2010
Oficjalna premiera Ostatniego Lotu, wcześniej książka będzie dostępna w przedsprzedaży na allegro.
18-11-2010
Ostatni Lot już w Druku, patron t medialny nad książką objęły Gazeta WPR oraz portal WPR24.pl
17-11-2010

10-10-10 Ostatni Lot Operacja K.
By rozpocząć grę najpierw trzeba poznać jej zasady...

16 września Gdzie jest Krzyż? Operacja K. Tom II Zaczynamy odliczanie.
16 września Gdzie jest Krzyż? Operacja K. Tom II Zaczynamy odliczanie.
15 września Ostatni Lot Operacja K. ukaże się 10-10-10.
27 lipca
Autor pracuje obecnie nad dwoma nowymi projektami. W związku z tym zaprasza do współpracy: utalentowanych muzyków - projekt dotyczy płyty z nagraniami, utalentowanych filmowców film krótkometrażowy i teledyski oraz utalentowanych grafików rysowników do współpracy przy komiksie.
Wszystkich zainteresowanych prosimy o zgłaszanie na mejla wraz z portfolio swoich prac.
MENAŻERKA STERNA
1 lipca
Z uwagi na bardzo dużą ilość maili z zapytaniem gdzie można kupić książkę POLA LASKA
Informujemy, że jest dostępna w wielu Warszawskich księgaraniach, zarówno w tych dużych jak i mniejszych.
Na terenie kraju książkę można zakupić w sieci sprzedaży empik - zarówno w salonach jak i przez internet.
http://www.empik.com/pola-laska-czyli-upadek-czwartej-kosci-pospolitej-rzeczy-stern-alef,prod57868465,ksiazka-p
27 czerwca
Dziękujemy wszystkim którzy wzięli udział w głosowaniu
na okładkę następnej książki Alefa Sterna - wygrała okładka nr 4
Glosuj Teraz!!! Już dziś wybierz swoją przyszłość. Do Drugiej Tury zakwalifikowały się 4 okładki. Oddaj swój glos z uzasadnieniem!!! Zagłosuj na Tablicy!!! Na okładkę kolejnej powieści Alefa Sterna - z serii Operacja K. pt. Ostatni Lot. Wynik wyborów Prywatna Komisja Wyborcza ogłosi 27 czerwca. 21 czerwca
2 czerwca
Autor pracuje nad kolejną powieścią, która dziś trafia do korekty. Na koniec miesiąca możemy spodziewać się nowej literackiej bomby.
1 czerwca
Alef Stern życzy wszystkim swoim i nie swoim dzieciom dużo radości i słońca z okazji ich święta.
31 maja
Wszystkich zainteresowanych hurtowym zakupem książki zachęcamy do składania zamówień z celu oszacowania wielkości kolejnego dodruku książki.
30 maja 2010
Drugie wydanie Pola Laska rozeszło się w przeciągu dwu tygodni. Wydawnictwo i Autor planują dodruk.
12 maja 2010
WŁAŚNIE UKAZAŁO SIĘ DRUGIE POSZERZONE WYDANIE KSIĄŻKI POLA LASKA CZYLI UPADEK CZWARTEJ KOŚCI POSPOLITEJ RZECZY.
Zostało ono poszerzone oraz wydane w wersji od początku zamierzonej i oczekiwanej przez Autora wraz ze wskazówkami, którymi Autor naprowadza na trop czytelnika.
Oczywiście Autor nie ujawnia wszystkich ukrytych informacji, tajemnic, palindromów, numerologicznych, kabalistycznych sensów i ukrytych znaczeń oraz symboli skrytych w książce
Pozwala to tym samym czytelnikowi, na samodzielną podróż przez literaturą po jej literackich tropach, motywach oraz na własnoręczne rozwiązywanie ukrytych zagadek.
Wydawnictwo Papierowy Motyl
UWAGA!!!
W ZWIĄZKU Z WYCZERPANIEM NAKŁADU INFORMUJEMY, ŻE DRUGIE WYDANIE KSIĄŻKI UKAŻE SIĘ 12 MAJA.
30 kwietnia 2010
W dniach 20-23 maja 2010 roku odbędą się 55 Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie. W tych dniach w Pałacu Kultury i Nauki będzie można nabyć książkę "Pola Laska" i uzyskać autograf Alefa Sterna.
19 kwietnia 2010
Książka "Pola Laska" została zakwalifikowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS za 2009 rok - http://www.angelus.com.pl
24 czerwca 2009
Książka trafiła już do Empików w całym kraju. Autor wyleguje się właśnie na Hawajach i spija zasłużone mleko kokosowe, spływające do jego gardła wprost ze smukłych, opalonych nóg dzikiej, miejscowej wielbicielki jego talentu (Stern zdobył ją, szepcąc czule i namiętnie do jej jedwabistego ucha fragmenty „Poli Laski” w języku malajalamskim podczas ognistego, pierwszego tanga w Honolulu).
http://www.empik.com/pola-laska-ksiazka,prod12330097,p
23 czerwca 2009
Autor równolegle z promocją swojego debiutu zaczyna przymiarki do kolejnej publikacji. Na razie są to przymiarki stricte twórcze, czynione za pomocą szybkich ruchów palców, które szyją nowe słowa z materii wyobraźni nad klawiaturą. Słowa te następnie wpadają do środka, czyli do machiny diabelskiej zwanej komputerem (bo ponoć to pierwsza z pieczęci na końcu świata łamanych jest http://www.ndw.v.pl/art.php?nr=101), by po chwili przedzierania się przez układy scalone, niczym w szaleńczym biegu donikąd w podziemnym, ukrytym mieście, w akompaniamencie elektrycznych wyładowań i pulsacji procesora (a nawet dwóch), pojawić się na ekranie monitora, zabłysnąć światłem niewidzialnym, wyzierającym spomiędzy wierszy, niedostrzegalnym na co dzień. Przynajmniej nie w zwyczajnym stanie świadomości.
Tak… Tak upływają te dni przymierzania nowych słów, przemierzania następnych oddechów, poszukiwania…? No właśnie, czego, skoro wszystko już mamy?
8 czerwca 2009
Książka trafiła do pierwszych księgarni. Dostępna jest już w Czułym Barbarzyńcy. Od przyszłego tygodnia będzie można ją znaleźć w Księgarni Prusa oraz w Traffic`u.
5 czerwca 2009
POLA LASKA - TO MOJE 20 LECIE. Tekst Alef Stern
Najpierw było przedszkole
Pierwszego dnia w przedszkolu nie pamiętam. Pamiętam za to zwierzaki. Kanarki, chomiki, rybki. Na nich uczyłem się odpowiedzialności. Pamiętam też bajki czytane i opowiadane wieczorami przez rodziców. Slajdy wyświetlane rzutnikiem na ścianę. Stan wojenny, jak przez mgłę. Nie było Teleranka. Panowie w mundurach w telewizorze. Podobało mi się. Dziennik Telewizyjny stał się moim ulubionym programem. Oznajmiłem ojcu, że będę żołnierzem. Kochałem karabiny. Do dziś lubię chodzić na strzelnicę. Z namiętnością oglądałem program, który rozpoczynał się od piosenki: „…wojsko, wojsko, maszeruje wojsko, Twoi chłopcy Polsko, marsz, marsz, marsz”. Dziś mamy armię zawodową, kto by wtedy przypuszczał?
Z czasów przedszkola pamiętam też czołgi na boisku, bałwana lepionego przez żołnierzy dla rozgrzewki, kiedy już im się znudziło grzać przy koksownikach. Wyłączone światło, brak prądu, talony na węgiel. Naszą pyrkoczącą Syrenką. Kolejki i radość całej rodziny z sukcesu jakim było kupienie papieru toaletowego. Podobno chciałem być wtedy pilotem albo pisarzem.
Wtedy pierwszy raz się całowałem. W krzakach. W jakiś majowy dzień. Pamiętam, że miała czarne włosy i filuterne spojrzenie. Romantyzm chwili zburzył mój młodszy brat, któremu pochwaliłem się ze swego pierwszego razu: „U nas w grupie też jest taka, co się ze wszystkimi całuje.”
Potem Szkoła Podstawowa
Cholernie cieszyłem się, że już tam idę. Umiałem czytać. Znałem się na zegarku. Cały sierpień chodziłem już z tornistrem na plecach. Otwierałem i zamykałem piórnik. W wakacje przeczytałem wszystkie podręczniki. W podstawówce było szaro. Szare buty. Szare spodnie. Kurtki, zeszyty też szare. Mama jednak starała się by było kolorowo. Wklejała nam fotografie do zeszytów. Obkładała je w kolorowe kartki z kalendarzy. Szyła nam ubrania wstawiając jakieś kolorowe elementy. Babcie robiły na drutach – swetry, szaliki, czapki, kamizelki, skarpetki. By upiększyć, urozmaicić nam świat. Ja próbowałem robić na szydełku. Ale co zrobiłem, to zaraz sprułem. Tyle z prac ręcznych. Nie miałem wtedy za dużo cierpliwości. Dziś pewnie zdiagnozowali by mi ADHD.
Wokół panowała wszechogarniająca atmosfera załatwiania i strachu. Strachu i załatwiania. Strachu o to, czy będzie ciepło? Czy będzie woda? Czy w kolejce starczy dla nas? Wszyscy starali się coś załatwić. Ojciec jeździł bić cielaki na wieś. Albo stać w kolejce po mięso. Po meble. Po cokolwiek. Właściwie stało się po wszystko. My z bratem też staliśmy, a właściwie siedzieliśmy na małym stołeczku, z książką w ręku, pilnując kolejki, by nie przepadła.
Kiedy podczas jakiegoś konkursu w szkole udało mi się wylosować kurtkę z darów, byłem jednym z najszczęśliwszych dzieciaków. I choć okazało się, że kurtka jest damska i do tego na mnie za duża, to i tak dumnie w niej paradowałem do domu. Dałem ją mojej mamie. Byłem szczęśliwy, bo udało mi się coś załatwić dla rodziny. Miałem swój wkład. Nie mogłem załatwić mięsa, kartek na paliwo, czekolady, kawy, papierosów.
No i przypomniał mi się pierwszy papieros ze starszą siostrą. Skradliśmy mamie paczkę carmenów, czy ekstra mocnych i paląc jeden za drugim, właściwie dmuchając, chodziliśmy śpiewając udawanym angielskim piosenki. Oboje chcieliśmy być piosenkarzami. Ale czuliśmy że bez układów w telewizji nie mamy szans. No i że to nie dla nas, tylko dla takich dzieci jak Natalka Kukulska. Bo jej mama też była piosenkarką. O, chociaż żeby mieć jeszcze takiego wujka jak Roman Wilhelmi. Wtedy zawsze można byłoby mu zadać pytanie. Ale nie mieliśmy wujka w telewizji.
Próby pierwsze
O wybuchu elektrowni atomowej dowiedzieliśmy się z radia. Tata prowadził conocny nasłuch. Czarnobyl, to był szok. W domu panika. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego co się dzieje. Elektrownie atomowa kojarzyłem z grzybem znad Hieroshimy. Nie wierzyłem już naszej oficjalnej telewizji i radiu, która na razie nic nie pokazała. Nasza kuzynka ze Szwecji powiadomiła nas telefonicznie o katastrofie. Panika tym większa, że naprawdę nie wiadomo było co się stało.
Po dwóch chyba dniach dowiedzieliśmy się oficjalnie w szkole. A ja kwestionowałem szkolny zakaz chodzenia po trawie, mówiąc głośno, że skoro dziś nam mówią o katastrofie oficjalnie to znaczy, że elektrownia wybuchła parę dni wcześniej. A przecież dzień wcześniej wszyscy graliśmy w piłkę parę godzin na dworze. Wiedziałem z Wolnej Europy i od kuzynki, ale nie mogłem wkopać taty za ten nasłuch, który wydawał mi się nie do końca legalny, tak jak pędzenie bimbru, więc milczałem jak zaklęty.
Łaziłem więc po trawie, a reszta dzieci grzecznie po chodnikach. Moja koleżanka rozpłakała się, że chcę chyba umrzeć. Na płacz kobiet zawsze byłem czuły, więc wróciłem grzecznie na chodnik. W domu panika, i poszukiwanie płynu lugola. Jak się później okazało, był to pierwszy chyba przypadek kiedy władze PRL, mimo zaprzeczeń związku sowieckiego i totalnej blokady informacyjnej, podjęły działania wbrew ich zaleceniom, ale w interesie własnych obywateli.
Zimą wylądowałem w szpitalu dziecięcym Omega. Jechałem do Warszawy karetką poprzez śnieżną noc. W całych Alejach Jerozolimskich puste pola i płotki ustawione jako ochrona przed śniegiem. Następnego dnia wycieli mi wyrostek. Wróciłem do domu i cholernie się nudziłem. W telewizji tylko dwa programy. Pochłaniałem książki, aż tata nie nadążał mi ich z biblioteki wypożyczać.
Powiedziałem babci, która mną się podczas tej rekonwalescencji zajmowała, że kiedyś będzie tak, że będę mógł oglądać w telewizji to, co będę chciał. Będą wszystkie filmy do wyboru. Programy jakie się chce. A na ekranie będzie można czytać książki. Babcia podsumowała moje wynaturzenia: „Chyba masz gorączkę dziecko!” i kazała mi mierzyć temperaturę. Dziś mamy Internet i TV on demand.
Wtedy narysowałem swój pierwszy komiks. Cztery kartki z bloku rysunkowego, o przygodach na dzikim zachodzie, ach ten Karol May. Kiedy jeszcze nie umiałem czytać wiedziałem, co to znaczy być pisarzem. To zasługa mojego taty, który w dzieciństwie czytał mi, a właściwie sobie, o Winnetou i Old Shatterhandzie. No i opowiadał o Karolu Mayu. Dowiedziałem się, że May przed napisaniem książek nie był na dzikim zachodzie. Że siedział w więzieniu. No i że wszystko wymyślił. No i nazwisko miał takie niezwykłe. Jak miesiąc.
Majowa jutrzenka
Nasi rodzice nie należeli do partii. Pamiętam kolegę, który chwalił się tym, zresztą sam widziałem w telewizji, jak dawał Jaruzelskiemu kwiaty na pochodzie pierwszomajowym. Wszyscy myśleliśmy, że dzięki temu czeka go wielka kariera. Klasa podzieliła się na dwa obozy. Mi, ojciec nigdy nie pozwolił pójść na pierwszomajowy pochód. Mogłem sobie w telewizji pooglądać. Nawet kiedy cały tydzień pracowałem nad transparentami i maskami, na pochód nie pozwolił mi pójść. Byłem wściekły tyle pracy i nie zobaczę tego co przygotowałem na pochodzie? Inne dzieciaki mają nieść to co zrobiłem? Zapowiedziałem wtedy w złości, że zapiszę się do partii i też będę miał taką czerwoną legitymację partyjną jak nasza pani wychowawczyni. Ojciec coś wtedy przeklął do mnie. Kiedy już skończyłem 19 lat spełniłem swoją groźbę. Do partii się zapisałem. Legitymacji wszak już nie dostałem czerwonej. I partia nie była PZPR. Ale nie uprzedzajmy faktów.
W podstawówce chciałem też należeć do harcerstwa. W jakiś piątek zapisałem się do zuchów. Ojciec się dowiedział w sobotę. W poniedziałek już się musiałem wypisać: „Jak mogłeś! Jeden dziadek na robotach, drugiego NKWD ścigało po wojnie! A ty się do czerwonych zapisujesz!?!” Nie chciałem być czerwony, chciałem być tylko bardziej kolorowy. Nosiłem z koleżanką przypinkę z tęczą, zupełnie nie wiedząc, co tęcza ta oznacza. No i tak dalej żyliśmy z przeświadczeniem, że telewizja kłamie. Że trochę innej historii uczą w szkole niż w domu. Że o pewnych sprawach nie powinno się mówić. Napisałem wtedy pierwszy politycznie zaangażowany wiersz.
My stanu przedwojennego dzieci
I my stanu przedwojennego dzieci choć kolorowi, to szarzy w swojej masie musieliśmy dalej czekać. Zawsze trzeba było stać. Stać i czekać. Moja szkolna koleżanka napisała wtedy książkę. 20 zeszytów sklejonych w jeden tom. Zeszytów zapisanych ręcznie, drobnym maczkiem. „W kolejce do bycia” Książka od czytania, powoli się rozpadała, cała wymiętoszona. Ale to był hit. Znów chciałem być pisarzem. Chciałem poczuć ten zachwyt czytelników. Ale znów musiałem czekać, bo nie chciałem pisać kryminałów w stylu Chmielewskiej. Chciałem znaleźć prawdziwy, poważny, dojrzały, temat. No i czekałem. Bo wciąż się na coś czekało. I wciąż się czekało na czyn jakiś heroiczny. Wart opisania. Wart przeżycia. Z ważniejszych przeżyć to zagrałem drzewo w przedstawieniu o czerwonym kapturku. I zostałem przebrany za dziewczynkę na bal przebierańców. Na szczęście moja najlepsza przyjaciółka z klasy była przebrana za chłopaka i stanowiliśmy zgraną parę. Dziś jest znaną malarką. Tyle informacji.
Informatyzacja
W szkole dzieliliśmy się na tych, co mają rodziców za granicą. Co mają rodziców w partii lub w solidarności. Rodziców na stanowiskach i na masę szarą. Byłem szarą masą. Ale miałem własny pokój, własne książki i rodziców, którzy mieli dla mnie czas. Byłem dumnym posiadaczem liczydła po mamie, kalkulatora podłączanego do prądu oraz zegarka elektronicznego z 7 melodyjkami.
Pod koniec lat 80 zafascynowały nas z bratem komputery. Fascynowały nas już tak naprawdę wcześniej, ale rodziców nie było stać na taki wydatek. Rodzice odkładali pieniądze 2 lata. Mama szyła nocami by więcej zarobić. No i kupili nam w końcu wymarzony commodore 64. Oszaleliśmy na jego punkcie. Pisaliśmy programy. Cięliśmy w gry. Bawiliśmy się grafiką. Tworzyliśmy demosy z muzyką i grafiką. Potem pierwszy IBM składak. Zabawne bo dziś jestem posiadaczem chyba już 15 komórki, która ma większą pamięć i możliwości niż 10 poczciwych commodoraków. Mam też komputer stacjonarny i dwa laptopy. Korzystam z bezprzewodowego Internetu. Wtedy tylko o tym mówiłem, a babcia śmiała się ze mnie i z moich futurologicznych zapewnień.
Oprócz komputerów, dużo czytaliśmy. Wciąż nasze umysły chłonęły i chłonęły wiedzę. Na koniec podstawówki wziąłem udział w kilku olimpiadach z historii, biologii, WOS`u, i języka polskiego. Mówiono mi, że powinienem być pisarzem, dziennikarzem lub telewizyjnym spikerem. Na zakończenie ósmych klas napisałem scenariusz akademii. Prowadziłem ją z telewizora wyciętego w wielkim styropianie. Drugi raz przebrałem się wtedy za kobietę. Odegrałem z ogromnym aplauzem całej szkoły Genowefę Pigwę. Ciekawe, kto ją jeszcze pamięta? Kochałem wtedy telewizję. Od lat nałogowo oglądałem konferencje prasowe Urbana i Dziennik Telewizyjny. W między czasie nastąpił przełom, coś we mnie pękło.
Pamiętam upadek...
Katastrofę w lesie kabackim. Wielką tragedię ludzi. Blokadę informacji. Ostatnie tak wielkie kłamstwo telewizji i władzy PRL. W katastrofie zginął znajomy mojego taty. Pamiętam, że ryczałem cały dzień i noc wtulając głowę w kołdrę. Potem za każdym razem kiedy leciał samolot martwiłem się. Czy oby nie spadnie?
Przełomowy był Sylwester 1988 i słowa mojego ojca: „Cztery koła synu! - Wreszcie ten cały burdel odjedzie!!!” Debatę Wałęsa Miodowicz – oglądałem z wypiekami na twarzy. Uszy, policzki i czoło tak mi się rozpaliły od oglądania, że mama dała mi aspirynę i kazała iść spać.
W szkole największym bohaterem był mój starszy sąsiad. Chodził w swetrze z wpiętym opornikiem, Matką Boską, plakietką Solidarność. No i z gazetą Solidarność w ręku. Chyba był to tygodnik Mazowsze. Obraz mi się trochę zaciera. Pamiętam, że zawsze mieliśmy go za lamusa. Takiego ciapę. A tu taki bohaterski czyn. Nawet nauczyciele odnosili się do niego z szacunkiem. Paradował tak po korytarzu na każdej przerwie.
Mój wkład własny w obalenie ustroju
Był żaden. Z ojcem jeździliśmy po przychodniach lekarskich, aptekach i rozwoziliśmy ulotki. Rzucaliśmy je w pociągach. W toaletach. W poczekalniach. Wieczorami tata zabierał mnie i brata na klejenie plakatów. Stawaliśmy na tak zwanych czatach. Czuliśmy się tak jak nasza babcia, w słynnych rodzinnych opowieściach, kiedy zaraz po wojnie do napisu „3 razy tak” dopisała: „to zdrajców znak”. Byłem dumny, kiedy raz, jedyny raz, tata pozwolił mi posmarować drzwi na stacji transformującej prąd przed naszymi oknami i nakleić plakat. Mogłem obserwować go z dumą z okna przez wiele dni.
We wrześniu 1988 roku zostałem wybrany przewodniczącym klasy. Podobno dla żartu. Ale pełniłem tą funkcje przez rok do wyborów 4 czerwca 1989 roku. Cała rodzina świętowała ten czas, jakby co najmniej siostra nam się urodziła. Czerwiec to urodziny mojej mamy i jej siostry. Piękny czas na świętowanie niepodległości. Słońce, truskawki, torty, świeże kwiaty. Uśmiechy. Radość. Czerwiec.
Nieoczekiwanie dla siebie wpadłem w wir kampanii wyborczych. Nawet nie wiedziałam, że tak to się nazywa. Miałem 13 lat niespełna i poszedłem na spotkanie wyborcze ze Stanem Tymińskim i pojechałem na wiec do Warszawy z Lechem Wałęsą. W domu nie mieliśmy wątpliwości kogo popierać. Kiedy Wałęsa wygrał, skakaliśmy ze szczęścia i piliśmy szampana. Ja po raz pierwszy. Od tego czasu narodziło się moje hobby – ulotki wyborcze. Zbierałem je nałogowo przy każdych wyborach.
Kolejne próby pisarskie
Pod koniec szkoły podstawowej trafiłem znów do szpitala. Przechodziłem serie badań. By radzić sobie z bólem, smutkiem, samotnością zacząłem pisać. Drobne humoreski. Krótkie opowiadania. Jakieś wiersze. Jakieś kabaretowe skecze. Jakieś piosenki. Pierwszy zapisany wtedy zeszyt zaginął później w toku przeprowadzek. Ale wtedy znów wiedziałem, że chcę pisać.
W wakacje pełni optymizmu, całą rodziną, nowo zakupionym 12 letnim Wartburgiem, pojechaliśmy z rodzicami na wczasy w Bieszczady. Tam kupiliśmy naszego pierwszego Psa. Był przez lata naszym przyjacielem, nazwaliśmy go Ami. A dla mnie i mojego brata był jak młodszy brat. Pisze o nim bo naprawdę czuję, że powinienem o nim wspomnieć, bo był z nami w trudnych i dobrych chwilach i cieszył się tak radośnie na nasz widok. I dał nam wszystkim dużo miłości.
Pierwsze liceum ogólnokształcące i pierwsze miłości
Nie było dla mnie niczym dziwnym, że trafiłem do klasy humanistycznej. Nas trzech i 37 dziewczyn. Jak mawiał mój wujek: „Po 12 na głowę i jedna na czaty” Pisałem wiersze, wiersze, wiersze. Wzdychałem do koleżanek. Wzdychałem. No i powoli zacząłem dojrzewać. Rosnąć. Na razie tylko w górę. Nawet jakiś wtedy pierwszy włos na brodzie mi wyrósł.
Przeglądam właśnie kartę lekarską, gdzie zapisana jest historia moich mierzeń, ważeń i szczepionek. To bardzo ciekawy dokument. Pokazuje jak się rośnie i jak na wadze przybiera. Dziś wystarczyłoby to do Excela wprowadzić i pokazać na wykresach jak się fizycznie zmieniałem. Ale wtedy o Excelu nawet mi się nie śniło. Nawet Worda wtedy nie miałem. Tylko edytor tekstowy Tag.
W liceum prowadziliśmy z koleżanką szkolną gazetkę. Dywanik u dyrektor i awantury z nauczycielami stały się rutyną. Niczego innego się nie spodziewaliśmy wydając kolejny numer. Pierwsze egzemplarze jeszcze pisane ręcznie i odbijane na xero. Czuliśmy się trochę jak nasi rodzice kolportując te wydawnictwa. Później coraz więcej tekstów składaliśmy w komputerze. Z kolegami z klasy kręciliśmy programy kabaretowe specjalnie dla naszych koleżanek. No i Metra szał. Pierwszy polski musical. To było coś.
W wakacje próbowaliśmy z moim tatą handlować butami. Tata stał się przedsiębiorcą z przymusu. Jego zakład pracy zamknęli. Ale jak się okazało do sprzedawania butów nie mieliśmy ani serca, ani talentu Znów napisałem parę szkolnych akademii. Chciałem w przyszłości studiować medycynę. Moje pobyty w szpitalu zrobiły swoje. Faceci w drewniakach cieszyli się największym powodzeniem wśród pięknych pielęgniarek. Trzy lata przygotowań by stwierdzić, że tak naprawdę nie chcę być lekarzem, a reżyserem filmowym, albo pisarzem.
W trzeciej klasie liceum, ostatnie wczasy z rodzicami i naszym pierwszym psem. Mój pierwszy raz, na plaży nad Bugiem. Mój brat też wtedy dał się rozprawiczyć. Zawsze łeb w łeb. Szliśmy. A ja pisałem dalej w swoich zeszytach. Powstała seria moich słynnych opowiadań zatytułowanych „Pisanki”. Słynnych w gronie moich przyjaciół, ale to mi wystarczało. W 1994 roku postanowiłem wystartować w wyborach, mówiąc do mojej najlepszej przyjaciółki: „Wiesz, za 4 lata zostanę radnym!” Do dziś przypomina mi te słowa, podkreślając, że zawsze to co sobie zaplanowałem osiągałem.
To był jakiś impuls i nie miałem pojęcia jak to się stało. Do szkoły akurat przyjechał Minister Obrony Narodowej, na spotkanie z młodzieżą. Ja miałem wtedy opinie zdolnego lenia, który niczym nie zaskakuje, tylko sobie bumeluje. Uczyłem się dla siebie, a nie dla nauczycieli. Nie należałem ani do kujonów, ani jakiś specjalnych leserów. Wtedy przy całej szkole zadałem 3 pytania, na które Pan minister nie umiał odpowiedzieć. I choć odpowiadał wymijająco, to i tak go przyszpiliłem zaskakując znajomością tematu, że pół szkoły rozdziawiło buzie. Nikt nie wiedział, że na bieżąco robie pełen przegląd prasy. Mam to po dziadku: „Co tam panie w polityce.”
Zdobyłem popularność w szkole. A nasza profesor od historii zaproponowała mi udział w projekcie pracy nad senacką ustawą. Oczywiście pracowaliśmy nad projektem młodzieżowym. Ale prawdziwa debata odbyła się w senacie RP. Najpierw pracowaliśmy nad ustawą ekologiczną. Rok później nad legalizacją miękkich narkotyków. Zabawne, nawet nie widziałem wtedy narkotyków na oczy. Ale za legalizacją byliśmy wszyscy i 1 czerwca otwierałem obrady Senatu RP młodzieży jako marszałek. Migawka poszła w mediach. Ustawę przegłosowaliśmy. A ja już wiedziałem, że będę politykiem. Po prostu przewróciło mi się w głowie, od zachwytów sąsiadów, znajomych i koleżanek. Czułem, że mogę zmienić świat.
No i studia
Dostałem się na prawo, stosowane nauki społeczne i politologie. Wybrałem politologię. Szkołę polityków. Wszyscy jeszcze nieopierzeni. Żółtodzioby z ambicjami. Ja już w orbicie Unii Wolności, po wcześniejszym przeglądzie innych partii. Trafiłem na wielkich ludzi, prawdziwych mentorów, którzy na samym początku mówili mi o etosie, o zasadach. Bo za chwilę wpadłem w wir spraw tak szybkich i tak do końca nie przejrzystych, że... Mój Boże, a wokół koledzy, trockiści, komuniści i inni iści.
W 1998 roku zostałem radnym, odpowiadałem za kampanię wyborczą i moja kariera polityczna była na dobrej drodze. Szybko jednak stwierdziłem, że to co najbardziej mnie interesuje w tej całej polityce to robienie kampanii właśnie i doradztwo. W tym kierunku się specjalizowałem. By jak najwięcej się nauczyć pracowałem i doradzałem wszystkim. Omu się tylko dało. To z lewa to z prawa. I w centrum też.
W 2001 roku wypisałem się z partii. Zacząłem pracę dla różnych ugrupowań. Bywało, że miałem pod opieką kandydatów z dwóch przeciwnych obozów politycznych. I sam się sobie nie dziwiłem. Skoro w stanach tak się robi, to naprawdę mi to też nie przeszkadzało. Liczyła się praktyka. Z jednej strony cieszyłem się, że mogę realizować swoje wizje, zarządzać ludźmi, podróżować po kraju. A z drugiej oglądałem z bliska kryzys przywództwa politycznego w Polsce.
Sam siebie pytałem. Gdzie się podziały te ideały, o których mówiło się 10 lat wcześniej? Gdzie się podziali, moi mentorzy? Dlaczego nikt nie słucha tych mądrych ludzi? Dlaczego do głosu dochodzi populizm? Dlaczego ja mam odpowiadać za to, w co ludzie wierzą. Dlaczego ja mam być trybem w machinie manipulacji politycznej.
Oderwanie się od tzw. Warszawki, jeżdżenie w teren, uzmysłowiło mi, że ludzie w Polsce żyją zupełnie inaczej niż w Warszawie. I to, że mam cholerne szczęście, że mieszkam w stolicy naszego kraju. Trochę podziałałem w samorządzie na wydziale. Tu kolejne wartościowe doświadczenia. Udział w komisjach rekrutacyjnych na studiach z ramienia samorządu uczelnianego. Doświadczenia, które przydały mi się w mojej pracy zawodowej.
Korporacja
Podczas studiów zacząłem swoje pierwsze poważne prace. Poważne, bo na prawdziwe umowy o pracę. Wcześniej jeszcze w liceum pilnowałem na egzaminach jako inwigilator – tak to się nazywało. Ładowałem skrzynki z butelkami na samochód. Sprzątałem ogrody. Myłem okna. Rozdawałem ulotki. Udzielałem korepetycji. Teraz pracowałem w poważnej firmie kosmetycznej jako stażysta, a potem asystent dyrektora. Co dzień obserwowałem jak się w wielkiej korporacji zarządza zespołem handlowym i w ogóle ludźmi. Co się dzieje w wyścigu szczurów. Co ludzie są w stanie zrobić, by wygrać. Następnie pracowałem dla wielkiego wydawnictwa. Reorganizacje, zwolnienia, wojna podjazdowa.
Cholera, czy tak ma wyglądać praca? Czy ja będę szczęśliwy cały czas walcząc z innym?. W polityce walka. W pracy walka. A i jeszcze walczyłem o miłość. No i wtedy poczułem, że chciałbym pomagać ludziom w ich pracy. Pomagać im w ich rozwoju. W rozwoju ich umiejętności.
Po studiach miałem dwa pomysły na ścieżkę swojej kariery: albo marketing, albo szkolenia i rekrutacje. Chciałem bazować na tym czego nauczyłem się podczas kampanii. Szczęśliwie moja ścieżka zawodowa tak się potoczyła, że od 8 lat pracuje w HR po stronie firm doradczych. Zdobywam kolejne i rozwijam już nabyte umiejętności. Kończę kursy. Poznaję narzędzia z zakresu zarządzania. Poznaję ludzi. Uczę się o nich i o sobie. Cały czas się rozwijam. Słucham ludzi. Coraz więcej we mnie pokory i spokoju. Bo z wojną skończyłem. Bo z polityką skończyłem. Bo o miłość też już nie walczę.
Myślę sobie czasem, jakby to było, gdyby nie było 4 czerwca 1989 roku? Czy życie w PRL, byłoby tak kolorowe? Czy mógłbym czerpać tyle radości ze swej pracy? Czy mógłbym rekrutować ludzi i pomagać im w rozwoju bez współpracy z jakimiś służbami, które pewnie do mnie by zapukały, zainteresowane tym o czym z ludźmi rozmawiam. Zresztą czy rozmowy rekrutacyjne byłyby szczere tak, jak mogą być dzisiaj?
Nawet gdybym został w tamtych czasach politologiem i gdyby nic się nie zmieniło, to gdzie bym był dzisiaj? Czy w polityce? Czy na placówce dyplomatycznej? W gazecie podziemnej czy Trybunie Ludów? Na liście Wildsteina, czy innej liście współpracowników? A może siedziałbym internowany za solidarność? Może ktoś wybiłby mi zęby? A może miałbym czerwoną legitymacje partyjną? Ojcu na złość?
Miłość
W życiu prywatnym. Ożeniłem się. Rozwiodłem się. Piłem. Paliłem. Prostytuowałem się. Kłamałem. Oszukiwałem. Nie byłem sobą. Ideały spadły z piedestału. Upadłem. Kiedy już się wydawało, że nie mogę upaść bardziej, to jeszcze się trochę stoczyłem. A potem postanowiłem pokochać siebie. Takiego jakim jestem. I pokochać Polskę. Taką jak jest.
Bo zrozumiałem, że wciąż się zmieniamy na coraz lepsze. Ze wciąż się rozwijamy. Ja swoim własnym wysiłkiem. A Polska wysiłkiem nas wszystkich. Nawet tych którzy ten rozwój spowalniają. Dzięki temu, że widzimy patologię możemy starać się to zmieniać. Nie walczyć, a zmieniać właśnie.
I choć wciąż jesteśmy Pawiem i Papugą Narodów. To dzisiaj Ten Paw ma powody do dumy i może pokazać swój ogon, a Ta Papuga, nauczyła się paru nowych języków i może latać poza klatką bloku wschodniego. Świat stoi przed nami otworem.
Dzisiaj mogę
20 lat później o godzinie 20:20 siedzę w restauracji. Rozmawiam z bliską mi osobą. Piję piwo. Jem o dziwo chleb ze smalcem i ogórkami i nóżki na zimno. Wokół pełno ludzi. Cudzoziemców swobodnie rozmawiających. Galeria handlowa pełna ludzi. Uśmiechniętych ludzi. Szał zakupów.
I choć nie podoba mi się rozpasany konsumpcjonizm. To szczerze cieszę się, że żyję w takiej Polsce. Cieszę się, że przeszedłem przez wszelkie jasne i ciemne strony polityki. Cieszę się że życie mnie doświadczało. I mimo, że Polska wciąż nie jest taka jakby mogła być, to uparcie wierzę, że się zmienia na lepsze. Widzę to każdego dnia. To był czas różnych szans. Niektóre Polska wykorzystała, niektórych nie. Ja w swoim życiu czasem wykorzystałem te okazje, które się trafiały, a czasem nie. W każdym razie i ja i Polska spełniliśmy swój sen o wolności.
Żyjemy w wolnym kraju. O naszej drodze napisałem książkę. To największe marzenie mojego dzieciństwa i całego dorosłego życia. Napisałem ją tak jak chciałem. O tym, o czym chciałem. Znalazłem ludzi, którzy pomogli mi ją wydać. Którzy co dzień wspierają mnie w tym co robię.
Dzisiaj mogę napisać ten tekst. Bez cenzury. W niedzielę 7 mogę pójść głosować i wybierać. Mogę też zostać w domu. Mogę oddać nieważny głos. Mogę! Mogę włączyć telefon zadzwonić do moich znajomych na całym świecie i powiedzieć im z dumą, że jestem Polakiem. Mogę kupić kolorowe ubranie. Mogę zjeść to, na co mam ochotę. Mogę coraz częściej uśmiechać się do ludzi i o dziwo oni coraz częściej uśmiechają się do mnie. Mogę kupić bilet na samolot i polecieć gdzie chcę. Nie musze go porywać, by wyrwać się z PRL. Nie muszę oglądać telewizji. Mogę też wyłączyć telefon. Mogę przełączyć kanał. Mogę wybierać! Żyjemy w Polsce. W wolnej Polsce, która coraz lepiej radzi sobie ze swoim położeniem geopolitycznym, ze swoim borderline.
I przyznam, że wciąż kocham się w Poli Lasce. I o tym też jest moja książka. O jej i moich 20 wspólnych latach.
Alef Stern
4 czerwca 2009
Pola Laska trafi do dystrybucji w calym kraju.
23 maja 2009 W PKiN w Warszawie podczas 54 Międzynarodowych Targów Ksiązki miała miejsce premiera debiutu literackiego ALEFA STERNA pt. „POLA LASKA”. Autor zjawił się poprzedzony nagłą nawałnicą i gradem, która rozszalała się przed pałacem kultury i Nauki w Warszawie , rozpędzając na chwile ludzi stłoczonych w kolejkach oczekujących na wejście na targi książki. W środku na zaproszonych gości, przyjaciół, znajomych oraz bywalców targów czekały szampan pod lodem , białe wino oraz truskawki. Roznosiły je hostessy ubrane w Pawie Maski. Autor wygłosił krótkie przemówienie, odczytał fragment ksiązki i rozpoczął podpisywanie pierwszych egzemplarzy. W czasie dwóch dni targowych na stoisku sprzedano 118 egzemplarzy książki, z autografem autora. Nad stoiskiem Stowarzyszenia Promocji Polskiej Twórczości powiewała Polska Flaga, wokol przechadzaly się pawie.
Pola Laska ukazała się nakładem Wydawnictwa Anagram we współpracy z Didiamoss Production sp. z o.o.
21-24 maj 2009
Pola Laska wkracza na salony Międzynarodowych targów Książki. Zapraszamy wszystkich powieściożerców na stoisko nr 218 w Pałacu Kultury w Warszawie, gdzie będzie można spotkać się z autorem i zakupić pierwsze dopuszczone do sprzedaży egzemplarze książki.
20 maj 2009
Pola Laska w całej swej krasie i okazałości zostaje dostarczona z drukarni do stajni Autora.
13 maj 2009
Początek druku pierwszej powieści Alefa "Pola Laska"
1 kwiecień 2009
Dzień wielkiej chwili. Już nie czekamy, wydawnictwo się znalazło, znalazła się chęć i wola w narodzie, wśród osób dzierżących władzę nad słowem pisanym. Książka zostanie wydana w zaplanowanym terminie – 4 czerwca
27 marzec 2009
Czekamy… wciąż czekamy ….. na informację od krytyka
26 marzec 2009
Książka nader kontrowersyjna, razem z koncepcją marketingową nazbyt wywrotową, znajduje kolejne ujście do świata wydawnictw. Trafia w ręce krytyka i czyta się zachłannie w jego rękach.
24 marzec 2009
Pod wpływem wieczornego oświecenia, w stajni artystycznej autora powstaje koncepcja okładki do powieści Pola Laska.
23 marzec 2009
Zacne polskie wydawnictwo, przyprószone duchem czasu, odrzuca książkę, jako „zbyt kontrowersyjną”. Duch rewolucji w kartach powieści zamknięty musi wyruszyć na poszukiwanie nowej drogi.
16 marzec 2009
Sesja fotograficzna autora i jego muzy pod czujnym obiektywem Marty Wołosz.
15 marzec 2009
Autor razem z wspierającą go firmą spotykają się z zacnym polskim wydawnictwem. Robią piorunujące wrażenie.
marzec
Akcja się zagęszcza.
10 grudzień 2008
Kończy się etap twórczy. Książka zostaje uznana za zakończoną przez samego autora (po miesiącach szlifowania)